The Last of Us (HBO) – 1 odcinek oczami fana gry

The Last of Us od HBO w końcu stało się faktem. Czy już pierwszy odcinek sprawił, że znający tę historię gracz będzie chciał ją przeżyć kolejny raz czy raczej da sobie spokój?

THE LAST OF US — DLACZEGO TEN SERIAL HBO JEST TAK WAŻNY?

Marka The Last of Us, zapoczątkowana przez grę Naughty Dog świętuje w tym roku swoje 10. urodziny. Sam ukończyłem ją trzykrotnie (a nie wykluczam, że zdecyduje sie na czwarty raz, gdy ukaże się port na PC) i chociaż nie jestem jej bezkrytycznym fanem, rozumiem, dlaczego jest to tak ważna produkcja dla wielu stron i podzielałem oczekiwania wobec tej adaptacji, które były słusznie spore.

Tym bardziej że za tę serialową produkcję nie odpowiada tylko Craig Mazin, który jak wielu reżyserów takowych adaptacji „uważa się za fana gry”, ale i sam Neil Druckmann, czyli jeden z dwóch głównych scenarzystów oryginału z 2013 roku. Oznacza, że przynajmniej w teorii za adaptowanie gry, która w ciągu dekady dorobiła się renomu kultu (i to tak dużego, że remake spotkał się początkowo z niezrozumieniem) wziął się ktoś, kto wie, z czym ma do czynienia i wie, co robi.

PIERWSZE WRAŻENIA PO 1. ODCINKU

Chociaż aby móc w pełni ocenić serialowe The Last of Us trzeba poczekać aż na HBO Max ukaże się ostatni odcinek, którego premiera odbędzie się w nocy z 12 na 13 marca, to już po pierwszym epizodzie jest o czym rozmawiać i co analizować. Dlatego chętnych do poznania pełnej, mojej opinii odsyłam do najnowszego odcinka podcastu Po(gra)dane, gdzie wraz z Karolem „Improbite” Riebandtem i Markiem „ItzNaix” Wierczyńskim z redakcji Pograne wymieniliśmy się swoimi wrażeniami i skonfrontowaliśmy je nie tylko z początkowymi oczekiwaniami, ale także z własnym podejściem do tej produkcji, bo nie każdy z nas miał styczność z growym pierwowzorem. I będziemy robić tak co tydzień, aż do końca sezonu.

Od siebie dodam jedynie tylko, iż uważam, że na razie jest dobrze, wręcz bardzo dobrze. Craig Mazin wyreżyserował pilotażowy odcinek zachowując przy tym ok. 80% wierności do materiału źródłowego, co można już teraz zweryfikować, ponieważ m.in. niezawodny Cycu1 z kanału Granaliza przygotował stosowne porównanie side by side. To cieszy, bo poza animacją Cyberpunk:Edgerunners niełatwo znaleźć drugą taką produkcję, która byłaby tak bardzo wierna oryginalnemu uniwersum.

CZY TO ADAPTACJA 1:1?

Oczywiście, zgodnie z zapowiedzią pojawiły się pewne zmiany, które podobnie jak casting mogły wydać się zaskakujące, ale finalnie uważam, że się bronią, ponieważ zostały sensownie uzasadnione — a to jest bardzo istotny czynnik (między innymi wykorzystanie utworu Depeche Mode – Never Let Me Down Again). Także, nawet jeśli początkowo niektóre sceny budziły moje wątpliwości lub uczucie niezrozumienia, to po chwili głębszego zastanowienia je doceniam. Co więcej, niektóre rzeczy, które się tam pojawiły, moim zdaniem powinny były zostać zawarte w grze i już wiem, że odpalając kolejny raz The Last of Us Part I czy to na PlayStation 5, czy na PC będzie mi ich brakować.

Także jako fan gry jestem bardzo usatysfakcjonowany i z pewnym spokojem oraz kredytem zaufania czekam na kolejne odcinki.