King Diamond – Abigail – recenzja komiksu
7 lipca to dzień, którego wstyd nie znać, jeśli jest się fanem metalu. To właśnie dzisiaj urodziła się i zmarła Abigail La Fey — główna antagonistka historii, zawartej na płycie Abigail, którą King Diamond wydał 21 października 1987, a która uchodzi za pierwszy metalowy concept album, do tego utrzymany w klimacie horroru.
Co ciekawe, była to dopiero druga solowa płyta po odejściu z Mercyful Fate, której koncept powstał w kilka dni, a mimo to, zbudowała ona legendę Duńczyka i jest uznawana za jego muzyczne opus magnum. Dlatego nic dziwnego, że doczekała się niejednej reedycji (ja mam wydanie z Fatal Portrait, gdzie oba krążki zostały wzbogacone o bonusy, w przypadku Abigail są to utwór Shrine, który nie trafił na podstawową tracklistę i surowe miksy trzech zamieszczonych już numerów), utwory z niej są stałym elementem koncertów Kinga (ba, że w ostatnich latach były one głównie skupione na odgrywaniu Abigail w całości) i to właśnie ta historia doczekała się adaptacji w formie powieści graficznej wydanej przez Z2 Comics.
To już jest wystarczający powód, aby mieć Abigail w tym wydaniu w swej kolekcji, jeśli jest się fanem Kinga Diamonda. Co ważne, historia została przeniesiona praktycznie 1:1, co oznacza, że autorzy nie zdecydowali się na wzbogacenie historii o wydarzenia z wydanej w 2002 roku kontynuacji Abigail II: The Revenge.
king diamond – abigail – OCENA ADAPTACJI
Oznacza to również to, że chociaż dialogi zostały naturalnie rozbudowane, wiele z nich jest żywcem przeniesionych z muzycznego oryginału. Także o spójność nie trzeba się martwić, tym bardziej że język angielski też został odpowiednio dopasowany do epoki i często pojawiają się zwroty oraz słowa, które dziś raczej nie są powszechne lub są po prostu z bardzo zaawansowanego poziomu, więc bez sięgania po słownik się nie obędzie. Dlatego z jednej strony doceniam klimat, ale z drugiej ubolewam nad tym, że na razie nie ma dostępnej polskiej wersji z przetłumaczonymi dialogami.
A jest to w mojej ocenie ważne, bo jednak Dan Watters we współpracy z Kingiem zdecydował się nieco rozbudować historię, zwłaszcza wątek Hrabiego La Fey i pierwotnych narodzin Abigail, lecz także historię tego, jak Jonathan trafił do odziedziczonej posesji i jak wyglądało jego życie z Miriam Natias, dopóki ostrzeżenie Czarnych Jeźdźców nie stało się prawdą, przez co ta historia jeszcze bardziej kojarzy mi się z filmem Omen z 1976 roku.
A to strona wizualna tej adaptacji interesowała mnie najbardziej i muszę przyznać, że się nie zawiodłem. Ilustracje są niesamowicie klimatyczne i tak na dobrą sprawę, każda z nich mogłaby być obrazem do powieszenia na ścianie.

Jedyne co może przeszkadzać, to fakt, że część z nich jest bardzo ciemna i praktycznie nic nie widać, choć może to celowy zabieg, aby dodatkowo podbudować uczucie niepokoju.
Jednak to oraz dość zaawansowany angielski sprawiły, że osobiście trochę wolno mi się czytało tę adaptację, choć później akcja nabrała tempa, a dialogi składały się ze słów, które jako fan Kinga znam na pamięć, przez co nie mogłem się oderwać od lektury, choć teoretycznie znam ją doskonale.
OSTATECZNE STARCIE Z ABIGAIL
Co prawda, nadal chciałbym zobaczyć tę historię w formie filmu, serialu czy animacji, lecz mimo to uważam, że ta adaptacja została wykonana z sercem i naprawdę warto ją mieć w swojej kolekcji. Co więcej, mam nadzieję, że także inne historie Kinga, a zwłaszcza druga część Abigail prędzej czy później zostaną przeniesione do innego medium.