Lex Legion – Lex Legion. Gdy Król śpi, muzycy harcują [RECENZJA]

To powinien być nowy album Kinga Diamonda. Ale skoro nie ma się tego, co się lubi… to się bierze, co jest. A debiut Lex Legion jest pozycją, którą trudno nie lubić.

Minęły dekady, odkąd muzycy Kinga Diamonda nagrali nowy album. A jeśli spojrzeć na dokonania legendarnego składu – LaRocque, Blakk, Patino, Dee – to od premiery ich ostatniego wspólnego dzieła upłynęły całe wieki.

Doświadczenie i zżyci ze sobą panowie jednak uznali, że wystarczy tej bierności oraz muzycznej posuchy i znów połączyli siły. Efektem tej mobilizacji jest grupa Lex Legion, która właśnie podzieliła się swoim debiutem i była ona potrzebna.

Ten album to prawo legionu…

Lex Legion to zespół złożony z weteranów heavy metalu – koneserom tej muzyki nazwiska Andy La Rocque, Pete Blakk, Hal Patino i Mikkey Dee są dobrze znane i mają oni świadomość, że nie są to starsi panowie, którzy siedzą na emeryturze. Jedynie tożsamość Nilsa Rue może wydać się mniej znajoma. Aczkolwiek i on wbrew pozorom nie jest pokrytym kurzem i pajęczynami artystą.

Praktycznie każdy z tej piątki jest osobistością zawodowo aktywną i zapracowaną. A mimo to potrafili oni się zorganizować i po długich przymiarkach w końcu coś wspólnie zrobić… czego nie można powiedzieć o pewnym Królu, który ich ze sobą łączy.

Chociaż Lex Legion to nowy band, który właśnie dostarczył 34 minuty premierowej muzyki, nie można powiedzieć, że jest to projekt kompletnie świeży. I nie chodzi tu już o fakt, że 4/5 składu doskonale się ze sobą zna i grało ze sobą dawno temu. Po prostu przygotowali świadomą reminiscencję tego, co się grało w latach 80.

… do którego ten Legion miał prawo

Oczywiście, Lex Legion to nie pierwszy projekt, który próbuje oddać hołd temu, co tworzyło się dawniej. Najczęściej wydają się one wymuszone i odtwórcze, a tu tak nie jest.

Na debiucie Lex Legion poszczególne motywy wydają się znajome, ale nie smakują jak odmrażany kotlet, a dobrze doprawiony dewolaj będący specjalnością szefów kuchni.

Szczególnie w takich utworach jak „When The Stars Align”, „(I am) The Resurrected”, „Saviours” czy „Life Eternal” widać znak jakości. Słychać pasję, chęć stworzenia razem czegoś jakościowego i czuć chemię, jaką dziś ma jedynie garstka kapel. Praktycznie w każdym utworze słychać, że pomimo kilku indywidualności, działa jeden organizm. To brzmienie, jakie wydobywa się, gdy duet LaRocque-Blakk gra harmoniczne riffy i naprzemienne solówki wzmocnione przez masywną sekcję rytmiczną Hala Patino i Mikkeya Dee jest niepodrabialne, a jednocześnie tak diabelnie świeże.

Śpij sobie Królu wiecznie i smacznie. Lex Legion się wszystkim zajmie

Pierwszy longplay Lex Legion to nie odcinanie kuponów od doskonale znanych i wciąż wykorzystywanych patentów. To faktyczna próba stworzenia z nich czegoś nowego, pokazania ich w nieco innym wydaniu. I w znakomitej większości to się udaje… ale słychać to dopiero, gdy słucha się tych numerów pojedynczo i można rozebrać te piosenki z nałożonych warstw i ewidentnych podobieństw.

Mimo iż każdy utwór ma coś w sobie, do czego warto wracać, niemal wszystkie są oparte na podobnym schemacie. Nawet pomimo mniejszych i większych prób urozmaicenia, opuszczeni przez Króla muzycy opracowali bezpardonowe i agresywne kompozycje. Przez to nie tylko jeden numer zażre bardziej a drugi mniej. Ale co najważniejsze, z tego powodu debiutanckiemu albumowi Lex Legion paradoksalnie brakuje dynamiki. O różnorodności nie wspominając, choć tę próbuje pokazać „Far Away”, ale zbyt późno. Ta urokliwa miniatura wieńczy całą płytę. Ale przez to, że jest instrumentalna, wybija się mocno na tle reszty. I robi to tak wyraźnie, że wydaje się, iż do niej nie pasuje.

Finalnie, Lex Legion dostarczyło naprawdę przyzwoity krążek. Jeśli ktoś szuka porządnej dawki ejtisowego heavy metalu z nowoczesnym sznytem, to szczerze uważam, że warto tego materiału posłuchać.