Moyra – Omen – recenzja

Moyra to jeden z młodych zespołów, które uważnie obserwuję od kilku lat i trzymam za nich kciuki. Poznałem ich w 2019 roku, kiedy połączyli siły z kapelą Vane, którą ówcześnie śledziłem. Do tej pory zespół Małgorzaty-Szkody-Hreczuch, znanej jako Margo, miał w swoim dorobku raptem dwa minialbumy. Jednak to nie oznaczało, że nie ma on pomysłu na siebie, a koncerty będą ubogie i przepadną w tłumie konkurencji.

STAWIANIE PIERWSZYCH KROKÓW

Odkąd śledzę Moyrę to zawsze wydawała mi się kapelą na swój sposób unikalną na polskim rynku muzycznym. Otóż nie dość, że u nas jest niewiele grup o charakterystycznym wizerunku, to jeszcze grających melodic death metal. Mam wręcz wrażenie, że ten podgatunek to mocna nisza w naszym kraju. Z tego powodu poza swoją twórczością, Moyra na koncertach prezentuje przeboje Arch Enemy, który jest jedną z głównych inspiracji. Jednak większość repertuaru koncertowego stanowią autorskie materiały, a cała okołokoncertowa oprawa nawiązuje do tytułowych bogiń z mitologii greckiej.

Jednym słowem, zespół sprawiał wrażenie bardzo profesjonalnego i konsekwentnego. Dlatego z zainteresowaniem czekałem na debiutancki album, o który dopytywałem za każdym razem, gdy Moyra była w Warszawie. Zwłaszcza że do tej pory można było odnieść wrażenie, iż kapela kieruje się współczesnym modelem dystrybucji, czyli będzie regularnie wypuszczać single oraz minialbumy zamiast pełnoprawnych płyt. Na szczęście Omen został zapowiedziany i na początku marca miał swoją premierę. Chociaż sporą część materiału zaprezentowano wcześniej, to nadal byłem ciekaw pełnego materiału. Tym bardziej że już po prezentacji utworów promujących album zacząłem mieć pierwsze wnioski. 

MOYRA I JEJ PIERWSZE KOTY ZA PŁOTY

Omen składa się w teorii z dwunastu utworów, lecz jest tu pewne pole do polemiki. Po pierwsze tylko dziewięć z nich to piosenki premierowe, bo dwie pochodzą z minialbumów — Threats of Fate oraz ReGenesis (który swego czasu recenzowałem na swoim kanale Youtube), do tego umieszczono jeden cover.

Jednak dla mnie większym zgrzytem są utwory Call of Sin i Forgotten Prophecy. Pomijając fakt, że pierwszy jest na Spotify błędnie podpisany jako The End of The World, to jest w istocie wstępem do The Eyes of Rats. Identyczna sytuacja jest z drugim numerem, ponieważ stanowi on wstęp do utworu End of the World. To nie pierwszy taki przypadek, lecz nigdy nie byłem zwolennikiem takiego zabiegu. Otóż uważam, iż niepotrzebnie zabiera miejsce na liście utworów. Ponadto w momencie, w którym jedna kompozycja powinna przejść płynnie w drugą, powstaje zauważalna pauza. Być może nie wszystkim to przeszkadza, lecz ja do takich osób nie należę. Dlatego jestem zdania, iż powinno się mówić, że Omen posiada dziesięć numerów.

Aczkolwiek można to odebrać jako stworzenie podwalin dla powstania ewentualnej płyty winylowej lub chęć podkreślenia, że pierwsza połowa jest inna od drugiej. Miałoby to sens, bo słuchając za pierwszym razem albumu w całości, można odnieść wrażenie, że kawałki zlewają się ze sobą. Dopiero po kilkukrotnym odsłuchu i rozłożeniu na czynniki pierwsze da się zauważyć, że np. Unleashed Spirits podchodzi pod balladę, lecz to wyjątek od reguły.

JAK PREZENTUJE SIĘ OMEN?

Większość numerów na tej płycie opiera się na schemacie agresywne zwrotki oparte na growlu i screamie — łagodny refren śpiewany czystym wokalem. Oczywiście to wpisuje się w ramy gatunku, ale mam wrażenie, że Moyra za bardzo się ich trzyma, likwidując przy tym jakąkolwiek różnorodność, która przykuwałaby uwagę słuchacza. Nawet nagrane na nowo utwory z EP-ek Fear of Life i Ready! Aim and Fire, mimo tego, że są bardziej melodyjne, nie wyróżniają się na tle reszty.

Oczywiście rozumiem, że Moyra to wschodząca kapela, szukająca jeszcze swojej tożsamości, ale w obecnej chwili można jej zarzucić brak kreatywności. Można zauważyć progres w wokalu czy jakości nagrań, ale od strony kompozycyjnie wiele się nie zmieniło. I to pomimo tego, że skład zespołu się niejednokrotnie zmieniał. Oczywiście chęć bycia drugim Slayerem czy AC/DC nie jest niczym złym. Jednak na coś takiego sobie można pozwolić, gdy ma się już wypracowany styl. Jeśli natomiast nie widać wyraźnej różnicy między demówką, EP-ką, a debiutanckim longplayem to istnieje ryzyko, że zespół popadnie w zapomnienie.

JAK BRZMI OMEN?

Na domiar złego, trochę do życzenia pozostawia to, jak Omen brzmi. Gdy wybrzmiewają pierwsze dźwięki Rage of the sky to wszystko wydaje się selektywne. Wówczas można się zachwycać partią basu czy skrzypiec. Jednak to tylko wstęp, bo Moyra gra muzykę mocno opartą na riffach gitarowych. Dlatego kiedy przechodzi do meritum, to cała warstwa instrumentalna wydaje się zbita i pozbawiona jakiejkolwiek melodyki. Najbardziej odczułem to słuchając promującego wydawnictwo Perception of Souls, ponieważ wówczas wokal Gosi został przytłoczony przez grę gitarzystów. Początkowo myślałem, że może mi się wydaje lub słuchawki zaczynają mi nie domagać. Jednak odpaliłem materiał na dobrej wieży stereofonicznej i nie miałem już żadnych wątpliwości, że growle wokalistki ginęły w tle.

Z kolei nagrane na nowo Fear of Life i Ready! Aim and Fire wydają się strasznie sterylne. Co prawda w przypadku pierwszego utworu znów zauważalny jest progres wokalny, ale w przypadku numeru pochodzącego z ReGenesis ma się wrażenie, że głos był nagrywany na raty i czyste partie strasznie mocno się wybijają.

CO ZWIASTUJE OMEN?

Jednakże to mnie utwierdziło w przekonaniu, że Gosia powinna częściej śpiewać swoim naturalnym głosem. Nie dość, że wydaje się lepiej opanowany przez frontmankę, to jeszcze nadaje piosenkom głębi i kolorytu. Świetnym przykładem jest Infinity of Revival, który początkowo nie różni się niczym od swoich poprzedników. Jednak w momencie refrenu czysty wokal wprowadza hipnotyczny nastrój i tak szybko wpada w ucho, że już po pierwszym odsłuchu można zacząć nucić zawartą tam melodię.

Dlatego uważam, że Omen to solidny debiut, ale niewykorzystujący w pełni swojego potencjału. Jak już wspomniałem, mimo obszernej tracklisty, premierowych utworów jest niewiele, a ponadto brakuje im różnorodności. Jednak mam szczerą nadzieję, że w przyszłości to się zmieni, bo zamierzam nadal obserwować poczynania Moyry. Tym bardziej że jest to kapela, która ma predyspozycje do tego, by wyjść poza granicę naszego kraju.