The Last of Us (HBO) – 5 odcinek oczami fana gry
Udany początek tygodnia to emisja kolejnego epizodu nowego serialu Craiga Mazina… Otóż nie tym razem. Z uwagi na finały futbolu amerykańskiego w USA (Super Bowl) 5. odcinek The Last of Us ukazał się w nocy z piątku na sobotę. Dla mnie był to strzał w dziesiątkę.
5 ODCINEK THE LAST OF US, CZYLI WYTRWAĆ I PRZETRWAĆ
Wydarzenia, które w serialowym The Last of Us miały miejsce w ubiegłą niedzielę, pozostawiały po sobie spory niedosyt. Twórcy nadal wiernie odwzorowują growy pierwowzór, lecz jednocześnie wprowadzili nowości, które wymagały zarysowania kontekstu. Niestety, 45 minut to zbyt krótki metraż, aby wszystko odpowiednio rozwinąć, dlatego nawet fani gry czekali na zapowiadaną konkluzję.
Najnowszy odcinek wzorowo wywiązuje się z postawionego zadania. To tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że powinien był zostać połączony z poprzednim i trwać tyle samo, co pilot, który ma długość filmu pełnometrażowego, a mógł się skończyć znacznie wcześniej. Nie dość, że wszystkie wątki doczekały się rozwinięcia, to twórcy dali czas, aby były one satysfakcjonujące.
Otóż nie tylko ponownie przeżywamy finał historii Sama i Henry’ego, ale i rozumiemy, co kierowało nimi oraz ścigającą ich Kathleen. Ponadto w końcu dostaliśmy scenę akcji, która była widowiskowa. Co prawda, rozkładając ją na czynniki pierwsze, można doszukać się dziur logicznych.
Jednak trzeba pamiętać o tym, że wciąż mamy do czynienia z materiałem stworzonym oryginalnie na potrzebę gry wideo. Te rządzą się innymi prawami niż film czy serial, co pozwala zrozumieć, że niektóre zmiany były konieczne, aby pewne wydarzenia nie tylko były satysfakcjonujące, ale i miały przysłowiowe ręce i nogi.
Dwie strony medalu
Mamy za sobą dopiero pół sezonu, lecz nie dziwi mnie przyznawanie na różnych portalach niemal maksymalnych ocen temu odcinkowi. Otóż pokazał on, jak można połączyć chęć opowiedzenia czegoś na nowo z zachowaniem wierności do materiału źródłowego. Jednak moim zdaniem nie przebija on historii Billa i Franka, tylko jest tuż za nim. W tej przysłowiowej kości niezgody poprowadzono akcję tak, że była zaskoczeniem i powiewem świeżości dla wszystkich. Natomiast „Wytrwać i przetrwać” jest historią znaną z gry. Dlatego podzielenie jej na dwie części było średnim pomysłem, bo fani mogli bez trudu przewidzieć, jaki będzie ciąg dalszy. Z tego powodu finał nie był tak mocny, jak mógłby być, gdyby zastosowano formę dwa w jednym.