The Last of Us (HBO) – 4 odcinek oczami fana gry
COŚ SIĘ KOŃCZY, COŚ SIĘ ZACZYNA
Jeśli jest coś, dla czego warto teraz czekać na początek tygodnia to są to kolejne odcinki serialowego The Last of Us (HBO), który powoli zbliża się do półmetku.
Co prawda, trzeci odcinek wzbudzał pewne kontrowersje, lecz jak się okazało – pomogły one w zwiększaniu zainteresowania produkcją i bicia kolejnych rekordów.
Pomimo tego, że poprzedni epizod był w zasadzie spin-offem głównej historii i mógł sprawiać wrażenie spokojniejszego, a nawet nieco przegadanego, był tak dobry, że można było zadawać sobie pytanie – czy każdy kolejny odcinek będzie podnosił poprzeczkę lub dorównywał poziomem do początkowej fazy serialu?
4 ODCINEK to UKŁADANIE KAMYCZKÓW OD NOWA
Moim zdaniem, tym razem raczej się to nie udało. Chociaż mieliśmy odcinek, który mimo przeniesienia akcji z Pittsburgha do Kansas City trzyma się growego pierwowzoru, to od strony fabularnej można mieć wrażenie, że niewiele wniósł i skończył się zanim się tak naprawdę zaczął. To, co można wynieść po seansie to wyraźny rozwój relacji Ellie i Joela, który w końcu zaczyna się otwierać przed czternastolatką, będącą jak sam mówi „ładunkiem”.
Natomiast pozostałe elementy pojawiają się tylko po to, aby zachęcić do czekania na sobotę ponieważ z racji na finały amerykańskiego futbolu emisja została przyśpieszona. Wprowadzenie nowych postaci nie byłoby problemem, gdyby nie to, że seans trwał 45 minut, z czego połowę zajęła podróż protagonistów do Kansas City. Oczywiście rozumiem, że gdyby tak się nie stało to mielibyśmy materiał na 20-25 minut, ale w odróżnieniu do pierwszego czy trzeciego odcinka, introdukcja kolejnych bohaterów została poprowadzona w tak bezczelny sposób, że wprowadza jedynie chaos.
4 ODCINEK to NAJSŁABSZY ODCINEK
Pomimo obecności Jeffreya Pierce’a, który w oryginale użyczył głos Tommy’emu i znanych scen, czwarty odcinek może powodować spory niedosyt. Jeśli zna się oryginał to można zrozumieć, dlaczego jest to przejściowy epizod, lecz osoby nieposiadające tej wiedzy mogą uznać, że to był filer. Tym bardziej warto docenić, że przez Super Bowl nie trzeba będzie czekać wieczności na rozwiązanie cliffhangerów.