Metallica – 72 Seasons — recenzja

Metallica to jeden z tych zespołów, które sprawiają, że na pewnym etapie życia chce się odkrywać, czym jest muzyka metalowa lub samemu zacząć grać na instrumencie. Nawet teraz, w dobie znacznie bardziej zaawansowanych technicznie kapel Metallica za sprawą TikToka czy Stranger Things dociera do młodych pokoleń i pokazuje im, że bycie metalheadem jest cool.

Niewątpliwe jest też to, że na kreatywność muzyków miała wpływ pandemia, która uniemożliwiła koncertowanie na wielką skalę, do jakiej Metallica i jej fani byli przyzwyczajeni. Dlatego nic dziwnego, że 72 Seasons jest kolejną próbą wykrzesania i wyrzucenia negatywnej energii zarówno dla siebie, jak i dla milionów oddanych słuchaczy, którzy od czasu do czasu są spragnieni nowych dźwięków. Sam ten fakt jest godny podziwu, bo mimo wszystko jest to zespół, który już nic nie musi i równie dobrze mógłby wykorzystać tę światową komplikację do zakończenia kariery. 

Wspomnienie utraconej młodości

Wczytywanie się w znaczenie tytułu płyty może nam dawać do zrozumienia, że muzycy są tego niejako świadomi i z tego powodu chcieli się cofnąć do swych korzeni, by rozliczyć się ze swoimi młodzieńczymi latami. Dlatego słuchając tytułowego singla czy pierwotnego Lux Æterna, a nawet umieszczonych dalej Chasing Light i Room of Mirrors można odnieść wrażenie, że udało się odzyskać dawną energię, ponieważ zarówno te numery, jak i większość tych, która znalazła się na płycie, jest agresywna i dynamiczna. Dzięki temu 72 Seasons wydaje się bardzo spójną i przemyślaną płytą, na której każdy powinien znaleźć coś dla siebie. 

ROZLICZENIE Z MŁODOŚCIĄ

Jednak problem się pojawia, kiedy zaczynamy przysłuchiwać się utworom i je analizować. Wówczas się okazuję, że długość kawałków nie jest ich największą wadą, tylko to, że wszystkie są zbudowane w podobny sposób. Przez to nawet najciekawsze riffy czy solówki, których nie brakuje, zostają zepchnięte na dalszy plan. Praktycznie pojawiają się tylko na chwile i nie dość, że rzadko kiedy wracają, to jeszcze nie zostają należycie rozwinięte.

Niestety, muzycy bardzo często zapętlają interesujący motyw tyle razy, że zaczyna on powszednieć i sprawiać wrażenie, że kompozytorzy nie mieli na niego pomysłu, dlatego wykorzystują go najczęściej jako preludium do solowych improwizacji Kirka Hammeta, które też nie grzeszą kreatywnością. Co prawda, tu i ówdzie pojawiają się mniejsze lub większe nawiązania do dawnych dokonań (w tym tego, co udało się stworzyć siedem lat temu na Hardwired to self-destruct), ale nawet one nie robią szczególnego wrażenia. 

Review: Metallica's '72 Seasons' – Rolling Stone

Przyczyną takiego stanu rzeczy jest to, że większość kompozycji jest utrzymana w tej samej tonacji, przez co każdy kolejny numer brzmi jak kontynuacja wcześniejszego. Co prawda, jest kilka piosenek jak You Must Burn czy Inamorata, które wyróżniają się na tle reszty, ale jest to głównie zasługa tekstów (nierzadko osobistych), przekazywanych emocji i jakiegoś zabiegu, najczęściej wokalnego. Można mieć zarzuty do jakości muzyki, ale nie sposób nie przyznać, że James Hetfield się przygotował do nagrań i to, co robi ze swoim głosem, może imponować i dla samych jego popisów warto dać szansę nowemu materiałowi. 

Czy Metallica zyskała drugą młodość dzięki 72 Seasons?

Jednak z drugiej strony uważam, że nie można uznać, iż dany numer jest ponadprzeciętny tylko dlatego, że ma w sobie coś unikalnego lub jest relatywnie krótki. Dlatego podejrzewam, że gdyby te wymienione przeze mnie kompozycje znalazły się w repertuarze zespołu wcześniej, np. za czasów płyt Load /Reload to nie różniłyby od reszty, mimo tego, że nadal trzymają solidny poziom. Ponadto wydaje mi się, że część pomysłów, m.in. Crown of Barbed Wire pochodzi z sesji nagraniowej do poprzedniego krążka.

Z tego powodu uważam, że gdyby te dwa albumy zostały ze sobą połączone i składały się z najciekawszych tudzież najpopularniejszych kawałków, otrzymalibyśmy album, który prawdopodobnie byłby najlepszym dokonaniem Metalliki w XXI w. Tak to mamy do czynienia z jedynie poprawnym wydawnictwem, o którym za jakiś czas będą pamiętać tylko najwięksi i wyrozumiali fani. Głównie dlatego, że 72 Seasons wymaga sporo uwagi, aby wysłuchać go do końca, a z uwagi na swoją strukturę bardziej zachęca do puszczania sobie całości lub pojedynczych numerów jako tło do codziennych czynności.