Tekken Bloodline, czyli Netflix zrobił anime z kultowej bijatyki
Stało się, TEKKEN otrzymał nowe anime Tekken Bloodline, które od dzisiaj jest dostępne na Netfliksie.
Oczekiwania vs Rzeczywistość
Właśnie skończyłem oglądać Tekken Bloodline, które jest sześcioodcinkowym serialem anime adaptującym wydarzenia z Tekkena 3, a właściwie historię Jina Kazamy.
Nie ukrywam od pierwszej zapowiedzi byłem rozdarty, bo z jednej strony byłem podekscytowany czymś nowym ze świata mojej ulubionej obok Mortal Kombat i Soul Calibur bijatyki i cały dzisiejszy plan dnia miałem ułożony tak, abym mógł całkowicie skupić się na serialu, a z drugiej bałem się, że mogą pojawić się zmiany, które wywrócą lore do góry nogami albo sprawią, że zostanie potraktowanie po macoszemu i po seansie pozostanie spory niedosyt.
Tymczasem adaptacja jest bardzo spójna i wierna oryginałowi. Chociaż posiada tylko sześć odcinków trwających średnio po 25 minut, na czym trochę cierpią historie innych postaci, to główna opowieść jest całkowicie skupiona na Jinie, jego zemście na Ogrze za śmierć matki, Jun Kazamy, a co ważniejsze na relacji z Heihachim Mishimą. Nie ma praktycznie żadnych pobocznych wątków, które by rozpraszały lub wydawały się zbędne.
Zmiany względem oryginału
Jedyne zmiany dotyczą samego przebiegu Turnieju Króla Żelaznej Pięści, ale póki co nie miały żadnego wpływu na historię, wręcz mógłbym uznać je za puszczenie oka do fanów późniejszych części. Ogólnie w Tekken Bloodline nie brakuje elementów fan service’u, lecz są to nawiązania, które podkreślają, że mamy do czynienia ze znanymi i lubianymi bohaterami, a autorzy są prawdziwymi fanami, którzy wiedzą z czym mają do czynienia. Jednak ilość tych nawiązań nie przytłacza, można by wręcz powiedzieć, że prócz odtworzenia ruchów i animacji walki danych postaci jeden do jednego, nie ma tu za wiele easter eggów, które odwracałyby uwagę od jeszcze dość prostej, ale już wciągającej fabuły.
Dzięki temu produkcja jest w stanie się obronić sama w sobie, zwłaszcza pod kątem wizualnym. Sceny walki są widowiskowe i cieszą oko, bo mają też charakterystyczne dla Tekkena efekty świetlne po oddaniu solidnego ciosu, a modele postaci są szczegółowo wykonane, przez co nie ma problemu, by rozpoznać kto jest kto. A jakby ktoś miał wątpliwości to w japońskiej wersji językowej niemal wszystkim postaciom głosy podłożyli oryginalni aktorzy z gier, dlatego nie widzę powodu, aby oglądać to anime z angielską lub pełną polską lokalizacją.
Podsumowanie
Naprawdę jestem niesamowicie zadowolony z tego, że Tekken: Bloodline się udał i mogę go polecić wszystkim fanom Tekkena. Oczywiście mam nadzieję, że produkcja otrzyma kolejne sezony, w których zaprezentuje wydarzenia z następnych części.
